O autorze
Rocznik Czarnobyla, chciałem być pierwszym Polakiem w NBA i basistą The Clash, z powodu braku talentów koszykarsko-muzycznych skończyłem pisząc teksty na zamówienie. Przez pewien czas prowadziłem dział muzyczny w jednym z ogólnopolskich portali, dziś walczę z pracą doktorską i próbuję sam sobie być szefem.

Rimbaud z siłą armaty

Czytanie wierszy Arthura Rimbauda z każdym rokiem przypomina mi o coraz bardziej bezlitośnie uciekającym czasie. I chociaż w ostatnich latach zdecydowanie rzadziej sięgam do jego poezji, to kiedy dowiedziałem się, że skład (aż chciałoby się użyć słowa supergrupa, ale przecież nie wypada) Tomasz Budzyński - Michał Jacaszek - Mikołaj Trzaska weźmie na warsztat twórczość autora "Statku Pijanego", byłem niesamowicie ciekawy rezultatów tej jednej z najbardziej zaskakujących kolaboracji ostatnich lat w polskiej muzyce. Nie zawiodłem się. Efekt końcowy rzuca o podłogę.

Do znudzenia powtarzam, że w muzyce najważniejsze są emocje. Podczas pierwszego odsłuchu "Armaty", kiedy po kilkudziesięciu sekundach dostałem po uszach ścianą dźwięku, zastygłem w bezruchu. Przepełniony bólem i niepokojem krzyk Budzyńskiego natychmiast odciągnął mnie od codzienności - "Tarczo włochata" brzmiało mi w głowie jeszcze przez długie godziny. Poczułem się jak na szamańskim obrzędzie, na który w pełni wprowadził drugi na płycie "Potop". Zamiast przestrzennych pejzaży otrzymujemy ciasne, klaustrofobiczne pomieszczenie z odbijającym się od ścian, przytłaczającym niepokojem dźwiękiem. Saksofon Mikołaja Trzaski eksploduje, Jacaszek wchodzi w klimaty do tej pory przez siebie niezgłębiane (jego funkcja na płycie została opisana jako electric power), nad wszystkim góruje natomiast potężny, mocno przesterowany głos Budzyńskiego rzucający rwane fragmenty wierszy. Bardzo ciekawym pomysłem było wplecenie fragmentów oryginalnych tekstów Rimbauda, przez co wydaje się, że wokalista Armii używa nieznanego, mistycznego egzorcyzmu. Siła tercetu Trza-Ja-Bu jest wprost porażająca.

Przede wszystkim nie przestaje zaskakiwać Budzyński. Chociaż Armia nie wydała premierowej płyty od prawie sześciu lat (na szczęście ten stan rzeczy niedługo powinien się zmienić a nowe utwory grane na koncertach podkręcają apetyt jak zapach pizzy po kilkudniowym poście), jego ostatnie dokonania - czy to intrygujące solowe "Osobliwości", czy urywający głowę "Mor" nagrany z Trupią Czaszką pokazują chęć ciągłego poszukiwania. Budzy nie jest w stanie wyprzeć się swojego punkowego ducha. Podczas, gdy pseudorockowi pięćdziesięciokilkulatkowie odcinają kolejne kupony i podnoszą mydło rzucone przez komercję, on nagrywa kolejny nie poddający się trendom, bezkompromisowy album.

Spokojniejsze momenty, które mogą przywodzić na myśl solową twórczość Jacaszka kojarzą się z wprowadzeniem do jakiegoś dziwnego rytuału - chociażby minimalistyczny "Enfance", który przechodzi w najkrótsze na płycie, niepokojące "Phrases", żeby w końcu wybuchnąć z całą miażdżącą siłą "Jesteście fałszywymi Murzynami". Chłód towarzyszący słuchaniu "Rimbaud" jest niemalże fizyczny. Mimo, że za oknem temperatura dochodzi do ponad 30 stopni, podczas słuchania płyty po plecach przebiega zimny dreszcz. Jeśli ktoś szuka w muzyce przede wszystkim funkcji rozrywkowej, lepiej niech lepiej od razu założy ochraniacze. Słowa Tomasza Budzyńskiego o sztuce, która robi dziury w świadomości idealnie oddają odbiór projektu "Rimbaud". Podczas każdej minuty słuchania świadomość jest dziurawiona niczym kosz po rzutach Stepha Curry'ego. Mocne.

Uwielbiam, kiedy słuchając płyty kompletnie nie spodziewam się, co zdarzy się za chwilę. Podobne emocje wyzwalało we mnie "Delirium Cordia" Fantomasa czy "Carboniferous" Zu. Zresztą skojarzeń przychodzi do głowy całkiem sporo - mechaniczność Einsturzende Neubauten ("Matinee d'ivresse"), rozpacz Diamandy Galas ("Jesteście fałszywymi Murzynami") czy całkowita wolność twórcza Johna Zorna ("Ja to ktoś inny"). Uwagę przykuwa też tajemnicza, mroczna okładka - "Improwizacja dla Grażynki VI" Józefa Gielniaka i skrajnie minimalistyczny, czarno-biały design w idealny sposób oddają zawartość płyty. Słuchając takich płyt odczuwam prawdziwą misję - należy uświadomić jak najszerszemu gronu osób, że taka muzyka w ogóle istnieje i że warto wydać te 30 złotych na oryginalny krążek.

Chciałem o tym wydawnictwie napisać świeżo po premierze, jednak Rimbaud to projekt, który wymaga od słuchacza poświęcenia mu nieco dłuższego czasu. Rzecz kompletnie offowa, bez żadnego przebojowego potencjału, zdecydowanie nie do częstego słuchania. Chociaż po odtworzeniu całej płyty za każdym razem czuję się zmiażdżony, "Rimbaud" potrafi w dziwny sposób uzależnić. Na całe szczęście, bardzo pozytywny odbiór płyty pokazuje, że w Polsce jest jeszcze zapotrzebowanie na ambitne i wymagające rzeczy. Tym bardziej czekam na winyla, taki album warto mieć nawet na dwóch nośnikach.
Trwa ładowanie komentarzy...