O autorze
Rocznik Czarnobyla, chciałem być pierwszym Polakiem w NBA i basistą The Clash, z powodu braku talentów koszykarsko-muzycznych skończyłem pisząc teksty na zamówienie. Przez pewien czas prowadziłem dział muzyczny w jednym z ogólnopolskich portali, dziś walczę z pracą doktorską i próbuję sam sobie być szefem.

Grubson poszerza horyzonty

Poranny domofon i zachrypnięte "poczta" wyrwało mnie z półsnu. "Pan pokwituje, paczka". Dziwne, przecież ostatnio niczego nie zamawiałem. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy - próbując otworzyć szerzej oczy - odpakowałem przesyłkę i zobaczyłem... najnowszą płytę Grubsona. Po kilkunastu sekundach konsternacji poskładałem w głowie resztę puzzli. Chłopaki z MaxFlo, z którymi współpracowałem w czasach pracy w jednym z portali, najwyraźniej chcieli pochwalić się swoim najnowszym wydawnictwem. A że nie zapominam o starych znajomkach i przez ostatni rok brakowało mi pisania o muzyce, postanowiłem wrócić na stare śmieci i znowu trochę pomarudzić. No to wio!

"Holizm" to już czwarta legalna płyta najbardziej znanego reprezentanta 3ody Kru. Nie będę ściemniał, głos Grubsona zawsze poruszał w mojej głowie jakąś wprawiającą w irytację strunę. Może nie tak skrajnie jak Yo-Landi Visser czy Krzysztof Cugowski, jednak słysząc specyficzne laj laj laj od razu zaczynałem zgrzytać zębami. Tym bardziej kusiło mnie, żeby powrót do recenzji rozpocząć od rzeczy, której niekoniecznie jestem fanem.



Trudno traktować "Holizm" jako stricte rapową płytę. Grubsonowi udało się posklejać i stworzyć specyficzny, górnośląski g-funk - to konsekwentne rozwinięcie stylu eksplorowanego na jego wcześniejszych albumach. Muzycznie nie ma jakichś większych zaskoczeń, chociaż momentami robi się naprawdę smacznie. Za lwią część produkcji odpowiadają Grubson i BRK - no panowie, całkiem niezła robota. Chociaż zawsze wolałem asłuchalne dla większości dźwięki, tak tutaj najlepiej bronią się rzeczy (wybaczcie, nie potrafię znaleźć lepszego słowa) przyjemne. Rozpoczynające się akustycznie i rozkręcające się aż po quasi-Bałkany i niby-falset "Nie jestem" czy czilowa "Potrzeba" powinny śmigać w radiu, nie mogę zetrzeć banana z japy przy internetowym "Spidermanie" ze zwrotką a'la Busta (no, oczywiście w odpowiednich proporcjach) w wykonaniu Chip Fu. Chociaż taniec jest jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie rzeczy, to rozpędzony "Wyrywacz" sprawił, że noga zaczęła mi bansować pod stołem - aż sam się zdziwiłem.

Featuringi są nieoczywiste, i za to plus. Trochę więcej spodziewałem się jednak po śpiewającym Mesie (chociaż "Ciepłe brzmienie Kalifornii" potrafi zagnieździć się w głowie na dobre), Krzysztof Zalewski, który zrzucił wreszcie jarzmo Idola, podobnie jak singlowa "Złota kula" wypadł całkiem nieźle. Marcelina ze swoim specyficznym, delikatnym głosem śpiewająca o HWDP na ścianie w intrygującej "Jednej z planet" brzmi naprawdę świeżo, do tego obecny w kilku numerach stary ziomek Grubsona Jarecki (to chyba jedyny spodziewany gość), bezproblemowo odnajdujący się w klimacie płyty.

Kwadratowe rymy jakoś niespecjalnie kłują w uszy (chociaż momenty sen - dzień czy samochodach - pogoda albo obserwuje - okłamuje w "Obrazach" zwyczajnie nie przystoją tak doświadczonemu graczowi), ale trudno się zachwycać lub mocno krytykować tekstowy poziom płyty - piosenki bywają zwyczajnie przegadane - dwie książeczki mówią same za siebie. Chociaż trzeba przyznać, że Grubson stara się kombinować lirycznie (to nie tylko słowa, lecz ukryty w nich świat) i podejmuje coraz więcej poważnych, społecznych tematów. Krytykuje bezwolne poddawanie się internetowo-telewizyjno-systemowemu terrorowi w "Złotej Kuli", wbija szpilkę kiepskim raperom (Irytują mnie nawijacze, którzy robią to na siłę), do tego dochodzi mocno antywojenne "W imię czego" (tyle istot niewinnych przeżywa piekło). Piątka za "Dziennikarzy" - wysyp idiotów w tym zawodzie jest naprawdę porażający i przerażający. Co byś chciał przekazać ludziom, standardowa śpiewka.

Trudno pozbyć się wrażenia, że materiału jest zwyczajnie za dużo. Czasy albumów trwających ponad siedemdziesiąt minut, na całe szczęście, minęły dobrych kilkanaście lat temu. Pierwszy odsłuch był dość ciężki, potem jednak poszło z górki. Co nie zmienia faktu, że zupełnie niepotrzebne są skity "Mam talerz show" (średnio mogę wyobrazić sobie wracanie do tych momentów z własnej woli), bez żalu z playlisty można by było też wykreślić takie pozycje jak "Girls Anthem" (wers Nie robimy wiochy, tańczą dziołchy, do roboty chłopy mówi sam za siebie), nudnawe "Poczuj" (irytujące nie pytaj się jak to jest) czy ckliwa "Dżungla". Płyta prezentuje dość równy poziom, co jednak nie zawsze można zapisać in plus - brakuje tutaj bezsprzecznych przebojów od pierwszego usłyszenia na miarę "Zacieszacza" czy "Na szczycie".

Jako esteta i wzrokowiec nie mogę nie pochwalić ciekawego pomysłu na wydawnictwo i ruchomej, kolorowej okładki. Chociaż z pewnością nie przebije to patentu z ubraniem "Grubego Brzucha" we flanelę, to trzeba przyznać że graficzne projekty Forina (booklet z "Tylko dla dorosłych" Ostrego do dziś jest chyba najciekawszym z plastycznych patentów w polskiej muzyce) stale prezentują bardzo wysoki poziom.

Z "Holizmu" na dłużej raczej nie zostanie wiele w mojej pamięci, ale to w sumie całkiem przyjemna propozycja na ciepłe miesiące. Grill, jeziorko, wakacje - w dużym skrócie - przyjemna muzyka do sympatycznych okoliczności. Chociaż jeśli zakończyliście już licealno-studencki etap życia, krążek może już tak was nie bujać. Ja fanem Grubsona nie zostanę, bujało mną tylko momentami, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu "Holizmu" patrzę na jego twórczość jakby nieco przychylniej.

Jeszcze raz witam, miło mi, do przeczytania.
Trwa ładowanie komentarzy...